x

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Nowości portalowe

Wywiad z grupą Circus Maximus

Wywiad z grupą Circus Maximus

Data dodania: 2013-04-05 10:00:56

Grupa Circus Maximus istnieje już od ponad 6 lat i ma za sobą setki występów w rozmaitych miejscach. Czy pamiętacie jeszcze swoje pierwsze kroki, jakie stawialiście na profesjonalnych scenach?

Jasne, że pamiętamy. Byliśmy wtedy młodzi i nie wiedzieliśmy, że gdziekolwiek można zakupić profesjonalny sprzęt kuglarski. Siedzieliśmy po nocach robiąc prowizoryczny sprzęt z puszek po kukurydzy oraz jeansu (śmiech-przyp.red). Początki od zawsze i na zawsze kojarzyć się nam będą z Centrum Kultury w Piasecznie. Dzięki nim mogliśmy wystąpić pierwszy raz publicznie na światełku do nieba w 2006 roku. Od początku cała ekipa DK wierzyła w nas, wspierała i dzięki nim mieliśmy możliwość posiadania treningowej sali, gdzie mogliśmy rozwijać nasze umiejętności. Historia i współpraca z ekipą do tej pory się odnawia. Początki wyjazdowe grupy wiążą się ze Slot Art Festiwalem, gdzie prowadziliśmy warsztaty kuglarskie oraz dawaliśmy pokazy.

Czy Circus Maximus to grupa przyjaciół ze wspólną pasją, czy też jest wśród Was rotacja i wciąż dołączają nowi członkowie. Ile osób obecnie stanowi skład grupy?

Możemy śmiało powiedzieć, że Circus jest grupą przyjaciół, można nazwać nas drugą rodziną. Nieformalną. Mieszkamy razem, dzięki czemu mamy ułatwiony kontakt, prywatnie łączy nas głęboka więź i wydaje mi się, że to widać, kiedy dajemy pokazy. Wszystko co robimy jest wymyślane na bieżąco i każdy z członków grupy ma prawo do tego, by dodać coś swojego. Panuje u nas demokracja, wszyscy tworzymy to co założyliśmy lata temu. To się zmienia, rozwija, ale trzon pozostaje taki sam. Jeśli chodzi o rotację, owszem, następowały zmiany, z różnorakich powodów, jedni nie mieli czasu, drugim przestała pasować filozofia Circusa – ale de facto – zostali Ci, którzy chcą kontynuować pewną historię, która naprawdę chce coś przekazać światu. Obecnie grupę tworzy 5 osób.

Circus Maximus to nazwa największego starożytnego, rzymskiego cyrku. Czy ta nazwa to przemyślany wybór, a starożytne dzieje naszego świata to inspiracja do Waszych pokazów?

W zasadzie nazwa wzięła się od jednego z odłamów bractwa rycerskiego – błaznów. Funkcją wiodącą błazna było zabawianie publiczności oraz króla w czasie najróżniejszych okoliczności. Bractwem zarządzał Maciej, który parę lat później wpadł na pomysł założenia grupy ogniowej – która również – podobnie jak dawniej błazenki – miała zabawiać oraz umilać czas ludziom. Nie czerpiemy ze starożytnych dziejów – bierzemy wszystko z ludzi i z siebie oraz przekazujemy emocje, które namacalnie są nam znane. Wiem, że to może spory dysonans, ale jesteśmy szczerzy w tym co robimy.

8bb570a71988c4496ed09c763dd644f3.jpg

Czy jesteście jednymi z nielicznych ludzi, którzy swoją pasję mogą nazwać także swoją pracą, czy też na co dnień zajmujecie się czymś zupełni innym, niezwiązanym z Waszą artystyczną działalnością?

Tak naprawdę w życiu prywatnym, poza Circusem, każdy z nas robi co innego – od handmade’u po kaskaderkę. Ale wydaje mi się, że wszyscy dążymy do tego, by cały czas się rozwijać i robić coś ciekawego. Bardzo długo pozostawaliśmy grupą opierającą się głównie na pokazach ognia – wtedy największe zyski z naszej działalności czerpaliśmy głównie w sezonie wiosenno – letnim. Od jakiegoś czasu poszerzyliśmy ofertę o najróżniejsze animacje dla dzieci – co pozwala nam działać aktywnie cały rok, na okrągło. Wydaje mi się jednak, że oprócz aspektu finansowego bardzo ważna jest dla nas kwestia tego, by czerpać przyjemność z tego co robimy.

Emocje można wyrazić przez muzykę, słowa, obrazy czy ruch. Wy poszliście jednak o krok dalej i łączycie w jedność wiele tych elementów. Jak wiele czasu i sił wkładacie w przygotowanie Swoich występu?

Ciężko jest powiedzieć dokładnie ile czasu zajmuje przygotowanie nam pokazu – zawsze jest inaczej, wszystko zależy od tego, co nam przyjdzie do głowy, jakich używamy rekwizytów oraz od skomplikowania układów. Staramy spotykać się na treningach przynajmniej raz w tygodniu. Robimy wtedy burzę mózgów i wymyślamy coraz to nowe rzeczy. Podstawą jest gra ciała i ognia. Dokładamy do tego jednak filozofię.

Wasze spektakle bywają niezwykle widowiskowe. Czy to co widzimy jako efekt finalny bywa niebezpieczne i każdy występ to pewnego rodzaju stres i napięcie?

Oczywiście, każdy występ jest dla nas pewnym stresem. Z moich obserwacji wynika jednak, że najbardziej denerwujemy się przed pokazami dla osób które znamy lub kochamy. Wiadomo, że każdy pokaz z ogniem jest na swój sposób niebezpieczny i wymaga odpowiedniego sprzętu i przygotowania. Możemy jednak śmiało po latach powiedzieć, że fizycznej krzywdy sobie nie zrobimy. Jesteśmy przygotowani na każde możliwości. Czasem przeszkodzi nam coś z zewnątrz. A to nagłośnienie, a to pogoda czy też podłoże. Mamy za sobą pokazy, gdzie musieliśmy dać radę bez muzyki, ponieważ zepsuł się głośnik, tańczyliśmy w deszczu, w śniegu, w budynku, gdzie wysokość sufitu wynosiła 2 metry - zawsze jakoś sobie radziliśmy (śmiech-przyp.red).

Wasza działalność to nie tylko pokazy i występy, ale także rozmaite warsztaty dla młodych ludzi. Czego można się nauczyć w trakcie takich zajęć i czy cieszą się dużym zainteresowaniem?

Aktualnie prowadzimy warsztaty kuglarskie. Nasze zajęcia mają rozpisany program, uczymy tam postowych technik sprzętów ogniowych – takich jak – poi (łańcuchy zakończone płonącym kevlarem), kij, dwa kije, wachlarze, parzydełka oraz podstawy plucia i połykania ognia. Jednak nie tylko ogień przewija się na zajęciach – uczymy też żonglować, jeździć na monocyklach, robimy warsztaty z malowania buziek oraz puszczania baniek mydlanych. Mamy kilka miejsc gdzie wracamy co rok, uczyć i poznawać nowych ludzi. Zainteresowanie rośnie – zawsze uda nam się zebrać stałą grupę, która dzielnie wytrzymuje z nami cały rok nauki – pod koniec zajęć z uczestnikami warsztatów przygotowujemy wspólny pokaz – i to chyba jest esencja tego, co robimy.

Działacie zarówno komercyjnie, ale i charytatywnie, wspierając swoim talentem rozmaite dobroczynne akcje. Czy Waszym zdaniem sztuka ma taką siłę, że potrafi naprawiać i zmieniać często smutną rzeczywistość?

Może my akurat mamy łatwiej, a może tylko nam się tak wydaje – w każdym razie rodzaj oraz forma naszej sztuki rzeczywiście rozświetla świat. Dosłownie i w przenośni. Pokazy charytatywne dają nam dużo więcej radości oraz uświadamiają, że to co robimy jest słuszne. Że ma sens. Sztuka przenosi obrazy, opowiada historie, pokazuje dusze. I przez to dochodzi przez zmysły do serca człowieka. Po swojemu woła i nawraca do czynienia dobra. Nie wiem czy kiedykolwiek udało się nam zmienić rzeczywistość – na pewno ją chociaż na chwilę albo dwie rozchmurzamy a z fundacjami, gdzie robiliśmy najróżniejsze performance jesteśmy ciągle w kontakcie i wracamy co rok co by podzielić się energią.

f60a8c76016f700ad49229064beda29f.jpg

Występujecie w ramach rozmaitych imprez festiwali, ale można spotkać was także na ulicach miast. Które występy sprawiają Wam więcej frajdy, te gdzie wszystko zaplanowane jest co do minuty czy też te gdzie wszystko może się wydarzyć?

Myślę, że największą frajdę sprawiają mimo wszystko te występy niezaplanowane, spontaniczne, te których przebiegu nie możemy do końca przewidzieć a jednocześnie cały czas wiemy, że mamy wszystko pod kontrolą. Zdarza się też, że mimo dokładnego zaplanowania i wielu tygodni przygotowań przed pokazem coś pójdzie nie tak nie z naszej winy -przykładowo trafi się niedziałające nagłośnienie. Wtedy na szybko musimy wymyślić coś innego, i zawsze ma to swój urok, wydaje mi się, że fireshow a także inne animacje
są taką dziedziną, w której do samego końca coś może nas zaskoczyć. 

Czy Circus Maximus to grupa związana z jednym konkretnym miejscem, czy też wciąż podróżujecie i możemy się spotkać w każdej chwili np. podczas spaceru po wrocławskim rynku?

Jak juz wspominaliśmy we wcześniejszej części wywiadu, jesteśmy i zawsze będziemy mocno związani z Piasecznem, które jako miasto bardzo pomogło nam podczas naszych początków. Często zdarza nam się podróżować, mamy na swoim koncie występy w wielu polskich miastach, a także za granica, m.in. w Berlinie, gdzie zapoczątkowaliśmy w 2009 r. swoja przygodę z bańkami mydlanymi (specjalne
podziękowania dla Piotrusia Pana). Na pewno istnieje szansa na spotkanie nas na wrocławskim rynku, ale nie jesteśmy w stanie powiedzieć, kiedy los nas tam pokieruje

Dziękuje za rozmowę

Rozmawiał:Bartosz Domagała

 

Zobacz wszystkie


Weź udział w konkursie albo kliknij na x aby od razu testować portal.