x

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Nowości portalowe

Relacja z imprezy Tauron Nowa

Relacja z imprezy Tauron Nowa

Data dodania: 2016-09-06 11:22:32

#11 FESTIWAL TAURON

NOWA MUZYKA

KATOWICE

19-20.08.2016

Znacie to uczucie, gdy dostaje się coś, na co bardzo długo się czekało? Po pięciu latach stania w kolejce, nie dość, że udało mi w końcu pojawić, to jeszcze w charakterze dziennikarskim, na jednym z najbardziej prestiżowych festiwali muzyki elektronicznej w Polsce. Rozszalałe tornado endorfin miotało mną po przeczytaniu maila z akceptacją wnioskuo akredytację. Jako, że wniosek ten obejmował przepustkę prasową jedynie na dwa dni festiwalu, to też o dwóch tylko dniach wspominam w tytule i z dwóch tylko perspektyw postaram się każdy z nich opisać, tej dobrej i tej niekoniecznie. Krótko, zwięźle i na temat, by, jak często mawiał Ryszard Kapuściński, czytelnika nie zanudzić. Nadmienię tylko, tytułem wstępu, że współtwórcą każdego słowa tej relacji, każdego obrazu poniższej galerii i każdego nagrania video z aftermovie (to, już wkrótce TUTAJ ) jest moja fantastyczna siostra, której serdecznie dziękuję, za przeżywanie wraz ze mną tego, jakże wyczekanego wydarzenia.

 

Opuściwszy płatny odcinek autostrady A4, nawigacja prowadzi mnie przez Katowice. Skręcam z jednej z większych dróg w mieście, przejeżdżam pod wiaduktem, gdzie zresztą po chwili wracam i parkuję, obok innych aut, skąd do głównego wejścia na festiwal mam jakieś sto metrów. Sporo w życiu festiwalowo się najeździłem, ale nigdy z tak dogodnym strategicznie miejscem do parkowania, i to za darmo. Pogoda rozpieszcza, przestrzenie zachwycają, widoki wprawiają w osłupienie. Lokalizacja eventu na terenie muzeum Śląskiego jest strzałem w 10-tke! Sam szyb, mieszczący się na wysokości 47m, niestety nie był niedostępny dla uczestników festiwalu. Mimo to, aranżacja tego odosobnionego świata otulona panoramą miasta rekompentuje tą niewielką stratę i tworzy okoliczności iście magiczne. Stosunkowo niewielkie miejsce festiwalowe, dobrze zorganizowane, zapewniało nowe, niecodzienne atrakcje dla oka pod każdym kątem jego widzenia. Pierwszy, najbardziej wyczekiwany koncert, zmierzamy na Lubomyra Melnyka. Dobre dwadzieścia minut przed czasem i napotykamy kolejkę długości dziesięciu, przeciętnej wielkości, koni. Koncertowo wskakujemy do jej źródła by upewnić się, czy rzeczywiście wszyscy stoją tu w tym samym celu, w którym przyszliśmy tu my. Nie dość, że okazało się, że rzeczywiście chmara czekała na ten sam koncert, to jeszcze otrzymaliśmy informację, że wejście jest już zamknięte, ponieważ sala kameralna mieści tylko trzysta osób, które znajdują się już w środku.
A miało być tak pięknie. Szkoda, że parabola emocji spadła diametralnie z zachwytu w zawód, ale z dwojga złego po drodze załapaliśmy się na Beneficjentów Splendoru, którzy w pocieszeniu odegrali rolę porządnej i zwiastującej wyjątkowe doznania muzyczne przystawki. Kulminacje nocy zapewniła nam, wygrywając tym samym konkurs na najlepszą scenę pierwszego dnia festiwalowego, Red Bull Music Academy. Począwszy od miażdżąco i magnetycznie pulsującego seta Benjamina Damage, a skończywszy na wschodzie słońca niesionym przez, nie dające chwili wytchnienia, dźwięki z ręki Levona Vincenta. Nie mniej wyjątkowym przeżyciem była spontaniczna przerwa, która doprowadziła nas na scenę Carbon Continent, świątyni niecodziennych osobliwości, gdzie soczysty bas hipnotyzował tłum wyginający się do sceny. Na niej, zamaskowany czarnymi pończochami duet wraz z DJ’em niosącym naprawdę smoliście gniotące bity. Mógłbym ich śmiało nazwać kolumbijskim Die Antwoord i w tym przypadku jest to porządny komplement. Wokalista diabolicznym głosem porywał publikę do obłędnego szału, więc atmosfera tego koncertu była doprawdy niezapomniana. Podobnie jak w dwóch innych przerywnikach, zrobionych w czasie Red Bull’owskiego DJ seta Ame oraz Leny Willikens, którzy również zasługują na porządne wyściskanie za ogień wzniecony na parkiecie. Pierwszym z nich był Tiga, który swoim występem, idealnie wprawił nas na odbiór jeszcze bardziej zaskakująco dobrego występu, polskiej formacji Dick4Dick. Wszystko to na scenie Littlebig Tent, gdzie wyskakałem się jak kangur po mocnej kawie. Mimo tych fantastycznych niespodzianek, kilkukrotnie podczas pierwszego dnia zaczepialiśmy obsług festiwalu z pytaniami o poszczególne sceny i koncerty, spotykając się z brakiem wiedzy i niemożnością pomocy. W związku z tym, oraz niewiedzą o tak niewielkiej pojemności Sali Kameralnej, pierwszy dzień zgodnie oceniliśmy pozytywnie, stawiając jednak minus za niedogodności organizacyjne.

Wspominam o tych utrudnieniach, ponieważ dopiero drugiego dnia odkryliśmy scenę, na którą pierwszego nie udało się dotrzeć, mianowicie, scenę główną. Trochę żal konceru Bttles’ów, ale było- minęło. Tam też, w ramach rekompensaty, postanowiliśmy rozpocząć drugą połowę festiwalu. Niestety koncert Marii Peszek w pseudo hip-hopowej bujance wstrząsającej społeczeństwo i nawracającej tłumy, nie zrobił na nas większego wrażenia. Sonar też nie dął nam oczekiwanej, na rozruch po wyczerpującej nocy, energii, dlatego też rzeczywistym i godnym otwarciem okazał się być występ formacji the Field, którzy w swojej rytmice trafili w dziesiątkę na tarczy naszych tanecznych potrzeb. Floating Points dali koncert, w sumie zgodny z ich stylistyką, ale wciąż, oczekiwałem więcej. Zabrakło mi żywych skrzypiec i interakcji z publicznością, a swoją statycznością, widowisko po prostu nie porywało. Dla równowagi, kolejnym punktem, który zapadnie mi w pamięć na długie lata, było przeżycie koncertu Baloji (Carnbon tent znowu pozytywnie zaskakuje). Pierwszy raz w życiu widziałem w ludziach tak szaleńczą euforię, tryskającą radość i nieskrępowaną swobodę ruchu, wywołaną możliwością słuchania muzyki . Charyzmatyczny, rapujący, belgijski wokalista doprowadził publiczność do wrzenia, gdy podarował swojemu gitarzyście jego portret w ramach prezentu urodzinowego. Tutaj burza oklasków już nie wystarczyła, kilkaset nóg zaczęło równomiernie tupać o drewniana konstrukcję parkietu. Energia dosłownie kipiała z wielkiego namiotu wypełnionego serdecznym szczęściem zjednoczenia. Kolejne występy zamykające festiwal niosły mnie już przyjemnie na tej fali pozytywnych fluidów i niesamowitych doświadczeń, jakie miałem okazje przeżywać. Ceephax Acid Crew, Prins Thomas, Clouds i Jimmy Edgar na równi wymierzali mi porządne plaskacze wibrującym powietrzem dyktując dokładnie takie zasady jakich oczekiwało moje zniewolone w muzycznym uniesieniu ciało. Naprawdę ciężko było to wszystko skończyć, ale skoro już o końcach mowa, chciałbym pochwalić jeszcze dwa cudowne elementy festiwalu. Jednym z nich są obracające się wokół siebie hamaki w bajkowej strefie chillu z H&M, gdzie po długich maratonach tanecznych, festiwalowicze mogli odpocząć w blasku księżyca, zaś drugą niespodzianką był wyjątkowo udany występ projektu Kid Simius na scenie amfiteatru, który poniósł publikę pierwszych rzędów w do nieokiełznanej dzikości w tańcu. Nie należy też zapominać o Sztauwajerach. To pola namiotowe oddalone od samego festiwalu kilka kilometrów, na które dostać się można taksówka za dogodną cenę dziesięciu złotych. Tam taże scena, a na niej, w promieniach słonecznych dopieszczali nasze uszy artyści tacy, jak Novika, Enve, czy Mr.LEX.

Krótkim i zwięzłym tytułem zakończenia powiem, że poziom luksusu na festiwalu oboje uważamy za wyjątkowo satysfakcjonujący. Tauron Nowa Muzyka, jest festiwalem spektakularnych odkryć, odwagi w eksperymentach i autentycznego uwielbienia dla dźwięku. Atmosfera, ludzie i sama przestrzeń są czynnikiem stanowiącym wyjątkową wartość tego wydarzenia i z ręką na sercu polecam go każdemu, kto jest otwarty na nowe doznania i czerpie przyjemność z bycia zaskakiwanym.

 

 

SPRAWDŹCIE RÓWNIEŻ NASZE OFICJALNE AFTERMOVIE Z FESTIWALU TUTAJ

Zobacz wszystkie


Weź udział w konkursie albo kliknij na x aby od razu testować portal.

Czas generowania obrazów: -1

Czas generowania całej strony: -1

Liczba wygenerowanych obrazów: 0